„Wiele zależy od nas” – przekonuje wirusolog prof. Włodziemierz Gut w rozmowie na temat mutacji COVID-19

Wiele zależy od nas, a nie tylko od zdolności koronawirusa do tworzenia nowych wariantów, jedynie likwidując określone ogniska zakażenia, przerywamy drogę szerzenia się konkretnej mutacji – przekonuje w rozmowie z PAP wirusolog prof. Włodzimierz Gut.

Niektórzy eksperci podejrzewają, że koronawirus SARS-CoV-2 mógł już wyczerpać swoje możliwości tworzenia nowych wariantów. Tłumaczą to tym, że w kolejnych odmianach, jakie pojawiają się w różnych miejscach na świecie, coraz częściej powtarzają się te same mutacje, takie jak E484K, N501Y oraz K417N. Wskazuje to na konwergencję, czyli tzw. ewolucję zbieżną, gdy pod wpływem podobnych lub tych samych warunków środowiskowych organizmy upodobniają się do siebie.

Wirusolog prof. Włodzimierz Gut z Warszawy twierdzi jednak, że jak na razie to nie tyle koronawirus, lecz ludzie swym nieodpowiedzialnym zachowaniem pokazali się z jak najgorszej strony. „Nie ma co obciążać tego wirusa. Patogen ten ma około 30 tys. nukleotydów i mutuje mniej więcej raz na tysiąc przy każdym przepisaniu. I jest to pula skończona. Nie jest zatem aż tak wielki, a jego systemy naprawcze są znacznie słabsze” – podkreśla.

Jego zdaniem SARS-CoV-2 tak naprawdę już dawno wyczerpał swoje możliwości. Wciąż sprzyjają mu natomiast ludzie, swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. „Jedynie likwidując określone ogniska zakażenia, przerywamy drogę szerzenia się konkretnej mutacji. A jeśli nie, to ona nadal się szerzy” – tłumaczy. Dotyczy to szczególnie tych osób, które są zakażone, a nie mają objawów, albo odczuwają już dolegliwości, ale zwlekają z pójściem do lekarza.

„U nas problemem jest właśnie to, że ludzie opóźniają pójście do lekarza. Jeśli wirusa zakaża 24 godziny przed pojawieniem się objawów, to jedynie natychmiastowa izolacja, kwarantanna, przerywa dalsze jego rozprzestrzenianie się” – zaznacza prof. Włodzimierz Gut.

„Jeśli ktoś opóźni to o dwa dni, zwiększa szanse kolejnych zakażeń prawie trzykrotnie. Na szczęście nie uda mu się zakazić wszystkich wokół siebie, bo niektórzy są zabezpieczeni, ale utrzyma swą zdolność zakażania na poziomie 2-3 (co oznacza, że jedna zakażona osoba może przenieść wirusa na dwie lub trzy inne). Trzeba pamiętać, że wirus poza komórką jest martwą strukturą. To my jesteśmy nosicielami i swoim zachowaniem zwiększamy jego zdolności zakażania” – przekonuje.

Oczywiście mogą wciąż pojawiać się nowe warianty, ale raczej nie będzie więcej nowych jeszcze groźniejszych mutacji. Według eksperta pula tych możliwości w tym patogenie chyba się już wyczerpuje.

„W każdym wariancie jest kilka możliwych mutacji, ale nie one sprzyjają jego rozprzestrzenianiu się, temu sprzyjają ludzie” – jeszcze raz zwraca uwagę specjalista. Nadmienia, że nowe warianty na ogół wykrywane są tam, gdzie prowadzi się badania genotypowe, pozwalające zidentyfikować skład koronawiorusa SARS-CoV-2. Im bardziej są intensywne, tym częściej wykrywane są nowe jego warianty. Występują one w różnych miejscach, a poszczególne warianty mają wspólne mutacje, np. brazylijski i brytyjski.

„Obecnie mówi się o nowej mutacji z Izraela. Jednak nie wynika ona z tego, że tam są jakieś szczególne sprzyjające temu warunki. Nowe warianty koronawirusa wykrywane są tam, gdzie robi się staranne badania genotypowe. A nie wszędzie i nie wszystkie szczepy są badane. Można domniemywać, że większość nie jest wykrywana, bo nie jest badana” – wyjaśnia.

Wskazuje, że koronawirus może ewoluować, ale nie może zmienić jednego elementu – zdolności rozpoznawania receptora, za pośrednictwem którego wnika do ludzkich komórek. „Jeśli to się zmieni, wirus ten przestanie istnieć. Cała reszta może oddziaływać na szybkość jego namnażania się w komórce, na ciężkość przebiegu choroby, ale nie na przekazywanie od człowieka do człowieka” – dodaje.

Przypomina, że szczepienie oraz zmiana zachowań skutecznie zapobiegają przenoszeniu się wirusa na innych ludzi aż do momentu, gdy osobnik zakażony nie będzie miał już komu przekazać wirusa. „Prowadzą do tego dwie drogi: albo wszyscy, a przynajmniej 75 proc. populacji, przechorujemy COVID-19, albo się zaszczepimy. W skali Polski oznacza to, że wszyscy dorośli powinni być zaszczepieni albo będą chorować” – uważa prof. Włodzimierz Gut.

Blisko uzyskania odporności populacyjnej są takie kraje jak Izrael i Wielka Brytania. W Izraelu osoby zaszczepione przestają nawet obowiązywać obostrzenia. Specjalista uważa jednak, że jest to ryzykowne. „Wciąż bowiem nie jest szczepiona populacja do 18. roku życia i wśród nich wirusa zostanie” – ostrzega. Osoby te nadal mogą być rezerwuarem SARS-CoV-2.

Kluczowe znaczenie mają szczepienia przeciwko COVID-19. „Uważam, że nie będzie mutacji, przed którą szczepionka by nie chroniła. Nie będzie zatem takiej sytuacji, że całkowicie przestanie być ona skuteczna. Może być mniej lub bardziej skuteczna, ale to nie ma większego znaczenia” – dodaje.

Zdaniem specjalisty, w przypadku niektórych szczepionek mogą być inne przyczyny mniejszej ich skuteczności. Jeśli chodzi o szczepionkę wektorową jest ryzyko, że zaszczepiona osoba miała kontakt z zastosowanym w niej wektorem, czyli adenowirusem zawierającym materiał genetyczny kodujący białko koronawirusa (wywołujące w naszym organizmie reakcję odpornościową).

Prof. Włodzimierz Gut uważa, że może wtedy nie dojść do wywołania reakcji odpornościowej, gdyż wektor (adenowirus) zostanie wcześniej zniszczony przez nasz system immunologiczny. Aby jednak temu zapobiec, w niektórych szczepionkach zastosowano adenowirus atakujący małpy, z którym człowiek raczej się nie zetknął i nie wytworzył przeciwko niemu przeciwciała. W innych preparatach dwudawkowych w pierwszej dawce używa się ludzkiego adenowirusa, a w drugiej – małpiego. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl