„Jeże są super”. Rozmowa z założycielką stowarzyszenia Jeżarnia – szczecińskie pogotowie dla jeży

Jeżarnia – szczecińskie pogotowie dla jeży to stowarzyszenie, które od 10 lat zajmuje się ratowaniem jeży. Ratować, leczyć, rehabilitować i wypuszczać – to dewiza opiekunów tych niesamowitych stworzeń. Prezentujemy rozmowę z założycielką raju dla jeży – Renatą Pihan.

Zapraszamy do wysłuchania lub przeczytania rozmowy z założycielką Stowarzyszenia Jeżarnia. O tym, jak to wszystko się zaczęło. Co trzeba wiedzieć, by zaopiekować się jeżem i jak można pomóc stowarzyszeniu w ratowaniu tych wspaniałych zwierząt.

 

Infoludek.pl: Czym jest Jeżarnia – szczecińskie pogotowie dla jeży?

Sprawujemy opiekę nad chorymi, rannymi, potrzebującymi pomocy jeżami dzikimi europejskimi, głównie w Szczecinie i w okolicach. Są to jeże zachodnioeuropejskie.

Jeżarnia - szczecińskie pogotowie dla jeży Renata Pihan wywiad rozmowa

Jak to wszystko się zaczęło?

To historia sprzed dziesięciu lat. To właśnie wtedy pierwszego jeżyka znalazły moje kocice, które zaczęły się podejrzanie kręcić po balkonie. Był 31 października, strasznie zimno, a po ich zachowaniu widać było, że coś je niepokoi na dworze. Ubrałam się więc i wyszłam zobaczyć. Schodzę do ogródka, patrzę, leży coś ciemnego. To był malutki jeżyk niespełna 100-gramowy, jak sopelek lodu. Jak każda mama wzięłam stwora pod bluzę polarową, w domu odpaliłam szybko komputer, aby cokolwiek dowiedzieć się o jeżach, chociaż nawet nie byłam pewna czy on żyje. Po parunastu minutach, gdy jeżyk ogrzał się o moje ciało, poczułam, że coś się porusza. Wyciągam i widzę, że patrzą na mnie małe oczka, więc była radocha. Potem dowiedziałam się podstawowych informacji o jeżach i skontaktowałam się z moim ówczesnym jeżowym guru – Jerzym Garą z Kłocka, który udzielił mi podstawowych informacji. To był pierwszy jeż. Wtedy myślałam, że uratuję tego jednego jeża, pobędzie z nami do wiosny, a potem go wypuszczę i moja przygoda z jeżami się skończy.

No, ale oczywiście pochwaliłam się kilku osobom, że mam jeża. Wśród moich znajomych była szefowa towarzystwa opieki nad zwierzętami w Szczecinie, która zapamiętała sobie tę informację. Opiekowałam się tym jeżem do wiosny, a potem został wypuszczony w ogródku, czyli tam, gdzie został znaleziony. Później długo, długo była cisza. Aż do następnego roku, do lutego, gdy zadzwoniła koleżanka i powiedziała, że ktoś znalazł jeżyka, który chodzi po śniegu. Padło pytanie czy się nim zajmiemy. Zgodziliśmy się od razu i wtedy pocztą pantoflową rozniosło się po Szczecinie, że są tacy, którzy zajmują się jeżami.

W kolejnym roku było już u nas 5 jeży, potem 16, potem 52, a teraz jest ok. 200 jeży rocznie. Zrobiła się z tego jednego, dwóch uratowanych maluchów instytucja. Trzeba było zdobyć ogromną ilość wiedzy, skontaktować się z innymi, którzy zajmują się jeżami w Polsce, nawiązać przyjaźń z weterynarzami. Dwa lata temu założyłam stowarzyszenie Jeżarnia, aby osoby, które znajdą jeża, wiedziały gdzie zadzwonić po pomoc. I tak już działamy od dziesięciu lat.

Jeżarnia - szczecińskie pogotowie dla jeży Renata Pihan wywiad rozmowa

Dlaczego to robicie?

Bardzo szybko wymyśliłam takie powiedzenie, że jak ktoś raz spojrzy w jeżowy pyszczek, to nie ma siły, aby się nie zakochał – to jest pierwszy powód. Drugi powód jest taki, że największymi wrogami jeży jesteśmy my, ludzie, więc czuję się w obowiązku im pomóc (chociaż ja nigdy nie skrzywdziłam żadnego zwierzaka). Istotne jest też, że jeże są gatunkiem zagrożonym wyginięciem, więc jeżeli nie będziemy im pomagać, to za jakieś 20 lat po prostu znikną i zostaną tylko te nieszczęsne, nieśmiertelne historyjki o jeżu z jabłkiem na kolcach.

Poza tym ja jestem „zwierzęciarzem” od urodzenia. Wychowywałam się przy psach i kotach, różne zwierzęta do domu ściągałam – koty, psy, myszki, ptaki. Kiedyś chciałam iść na weterynarię, ale w Szczecinie niestety nie było, więc moje plany się zmieniły. Jak powiedział mój kolega weterynarz, realizuję teraz marzenia z dzieciństwa.

W podsumowaniu o Was można przeczytać: 4 osoby, 4 miejsca, 54 jeże w tym 44 maluchy i 10 dorosłych. 15 kojców, 18 domków, 45 miseczek na karmę i wodę (na 1 zmianę). Czy to się wszystko zgadza?

To się wszystko zgadza, teraz jest ich nawet troszkę więcej. Jesień to jest tak zwany sezon na jesienne sieroty jeżowe, tych maluchów przybywa z dnia na dzień. Wczoraj dojechały tylko „smoczkowe” maluszki i jeden ciut większy. Tamte były 100-gramowe, a jeden 300-gramowy z jajami much. Przed chwilą przyjęłam też jeżyka znalezionego przy Lidlu na Pogodnie, z raną głowy, z rozciętym noskiem, pokrytego jajami. Ta liczba jest bardzo mocno ruchoma.

Czy pomagacie jeżom biorąc je do swoich domów?

Tak, bo jest to konieczny warunek, aby udzielić im pomocy. Jeże, które do nas trafiają, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to maluchy, zazwyczaj zdrowe, ale osierocone. Zdarzają się też chore, poranione, ale jest ich mniejsza ilość. Druga grupa to dorosłe jeże, poranione, pogryzione, pokaleczone przez kosiarki, spalone w ogniskach, potrącone przez samochody. No i nie da się inaczej udzielić im pomocy niż w domu. Mam zgodę regionalnej dyrekcji ochrony środowiska na prowadzenie takiej działalności, bo żeby zajmować się gatunkiem chronionym trzeba spełnić prawne wymogi. Mamy w mieszkaniach pomieszczenie przystosowane dla jeży. Są tam specjalistyczne kojce, inkubator. Są także kojce ogrodowe na ogródkach, bo jeże, które mają już odpowiednią wagę albo są po okresie leczenia i rehabilitacji, potrzebują około tygodnia, dwóch, aby przyzwyczaić się z powrotem do natury, zanim zostaną wypuszczone na wolność.

Ile kosztuje utrzymanie takiej gromadki?

Nie wiem, ponieważ nigdy tego nie przeliczałam czy na jednego jeża, czy na całą gromadę. Nie umiem podać konkretnej kwoty, ale kosztuje to dużo. Po pierwsze musimy mieć kojce i odpowiednią karmę. Nie może to być byle jaka karma z pierwszego lepszego marketu, ponieważ jeże są największymi ssakami owadożernymi, czyli mięsożercami. Wymagają bardzo dobrej gatunkowo kociej karmy, która jest droga. Do tego dochodzi zakup żywych robaczków, karaczanów, świerszczy, takiej naturalnej karmy. A są jeszcze specjalistyczne preparaty do oczyszczania ran, obsługa weterynaryjna, ręczniki papierowe w dużych ilościach, chusteczki mokre do sprzątania kojców i wycierania maluchów, polary czy maty grzewcze. Nigdy tak naprawdę nie miałam czasu, żeby policzyć, ile kosztuje średnio utrzymanie jednego jeża, ale nie są to małe pieniądze. Niestety.

Co jest Waszym największym sukcesem? Czy są to te dwa wspomniane w poście  na profilu Jeżarni na Facebooku małżeństwa jeżowe?

To z pewnością. Dwie osoby na jedno województwo to bardzo mało, więc to, że udało nam się wychować dwa małżeństwa jeżowe to sukces. Kiedyś to było moje marzenie – znaleźć następców i to się udało.

Drugi sukces to edukacja. W poprzednich latach wspólnie ze stowarzyszeniem Progres organizowaliśmy dwa razy w roku biegi jeża, które miały za zadanie propagowanie wiedzy o jeżach wśród dorosłych i dzieci. W tym roku ze względu na pandemię się nie udało. Jeździliśmy też do szkół i przedszkoli z lekcjami edukacyjnymi. Gdyby porównać poziom wiedzy wśród ludzi w Szczecinie pięć lat temu a teraz, to widać ogromny postęp. Osoby, które znajdują jeże często są zorientowane, wiedzą jak pomóc, wiedzą gdzie zadzwonić. Kiedyś było tak: „Dzień Dobry Pani Renato, bo ja znalazłem jeża, patrzę na niego siedzi na trawie, a ja nie wiem co zrobić”. A teraz słyszę: „Dzień Dobry Pani Renatko, znalazłam jeża, ale już jest zabezpieczony, w cieple, dostał jedzonko, co dalej mam zrobić? Waży tyle i tyle”.

Dzięki tym lekcjom edukacyjnym w szkołach dzieciaki nie tylko zakochują się w jeżach, ale też zdobywają wiedzę, którą później przekazują rodzicom. Nawet jak jadą gdzieś samochodem czy idą gdzieś w parku to nie rozkopują bezmyślnie liści. Idą rozglądając się i mówią: „mamo może tam jest jeż”, „tato uważaj jak jedziesz, żebyś jeża nie przejechał”. Oczywiście przekazują też rodzicom wiedzę na temat Jeżarni. Często osoby przynoszące jeże na pytanie skąd mają o nas informacje odpowiadają: „bo była Pani u córki w szkole” albo „bo Pani była u syna w przedszkolu”.

A trzeci sukces to ponad 800 uratowanych jeży przez te 10 lat i to jest chyba najważniejsze.

Wiem, że potrzebujecie wsparcia weterynarza. W jakim zakresie?

Powiedziałabym, że w kompleksowym. Są sytuacje, że jeż trafia do nas z drobnymi ranami, ropniami, które ja z już 10-letnim doświadczeniem potrafię opatrywać sama. Natomiast bardzo często takie jeże wymagają leczenia farmakologicznego lub wymagają interwencji chirurgicznej.

Jakiego jeszcze rodzaju wsparcie jest Wam potrzebne?

Zawsze ręczniki papierowe w każdej ilości, mokre chusteczki, no i oczywiście wpłaty na konto, ponieważ my wiemy co jest nam najbardziej potrzebne. Zakupy robimy hurtowe i mamy w związku z tym upusty, bo zakupy karmy są rzędu 50-100 kilogramów. Jest mi wtedy prościej gospodarować tymi pieniędzmi. Oczywiście jest super, gdy ludzie przynoszą nam karmę, ale wiem, że oni płacą dwa razy tyle w zwykłym sklepie zoologicznym niż ja robiąc zakupy przez internet.

Mamy bardzo dużo przyjaciół jeżowych, którzy kiedyś znaleźli jeża, a teraz wspierają nas finansowo. Mamy takie grono osób, które przesyłają co miesiąc stały przelew. Daje nam to pewien komfort działania. Mogę skupić się na jeżach, a nie na robieniu zbiórek czy bazarków tak jak inni moi przyjaciele w Polsce.

Czy każdy może zostać opiekunem jeża?

Teoretycznie każdy może się zapisać i zostać członkiem naszego stowarzyszenia. Ale żeby opiekować się jeżami na dłuższą met należy mieć zezwolenie regionalnej dyrekcji ochrony środowiska. Jeśli jednak ktoś znajdzie rannego jeża, ale nie ma jak dowieźć go do nas albo my nie mamy miejsca, to może zaopiekować się nim pod naszym instruktażem. W takiej sytuacji może tego jeża legalnie przetrzymywać u siebie do momentu przekazania komuś, kto takie pozwolenie posiada. Oczywiście każdy o takie zezwolenie może do dyrekcji regionalnej ochrony środowiska wystąpić i oby takich osób było jak najwięcej.

Co dzieje się z jeżami po pobycie w Jeżarni?

Wszystko zależy od tego z czym jeż do nas trafił. Generalnie procedura jest taka: najpierw pobyt. Małe jeże do wykarmienia, a chore jeże do wyleczenia. Po zakończenia procesu leczenia, często też rehabilitacji, bo np. po amputacji łapek, trzeba przypomnieć im, że potrafią chodzić, polować. Następnie trafiają do kojców ogrodowych, gdzie dostają naturalne jedzenie. Nie ma brania na ręce czy tulenia maluchów. Zakładamy rękawiczki, aby pokazać im, że człowiek nie jest do końca przyjacielem. Nazywamy to „zdziczeniem jeży”. Ten proces zdziczenia trwa od tygodnia do maksymalnie trzech tygodni. One bardzo szybko orientują się, że są zdrowe. Następnie przychodzi czas wypuszczenia na wolność.

Dzięki edukacji mamy kolejkę czekających na jeże. To osoby mieszkające w domkach z ogrodami lub które mają działki – tam wypuszczamy jeże. Te osoby bardzo często przygotowują ogrody na przyjęcie jeża, budują domki, zapewniają jedzenie. Mamy miejsce pod Szczecinem, gdzie wypuszczamy jeże w kompletną dzicz. Są to sprawdzone miejsca, o których wiemy, że nie będzie tam budowane żadne osiedle czy droga.

Przez 10 lat działalności tylko cztery jeże musiały zostać pod opieką człowieka, a cała reszta wróciła na wolność.

Gdzie można śledzić Waszą działalność ? I jak nawiązać z Wami kontakt?

Najprościej na moim prywatnym profilu na Facebooku Renata Pihan albo na profilu Jeżarni. Tam są podane namiary, numery telefonów, można się też przez Messengera kontaktować. Nie zawsze mogę odebrać, bo jak karmię malucha albo wyciągam mu robaki z rany, to po prostu nie odbieram telefonu. Zawsze jednak oddzwaniam. W pilnych sprawach lepiej dzwonić, a nie pisać. I to dzwonić do skutku.

Chciałaby Pani coś dodać?

Szukamy cały czas osób, które chciałyby robić to, co my. Jeże są niesamowicie uroczymi i sympatycznymi stworzeniami. Wiem, że ludzi z dobrym sercem jest całe mnóstwo, a problem jest taki, że jestem coraz starsza, mam rodzinę, mam osoby, którymi muszę się zaopiekować, więc mam coraz mniej czasu na jeże. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie tak po prostu odciąć się i zostawić jeże bez pomocy. Tak więc apel do osób, które mają ogrody czy domy (bo jednak w mieszkaniu jest ciężko, chociaż też można) – szukamy następców!

Druga ważna rzecz: naprawdę nie trzeba wiele, aby tym jeżom uratować życie. Jeż to nie jest sarna, pies, który wbiegnie na ulice. On po prostu sobie idzie, więc można spokojnie wyhamować. Osoby, które mają działki i ogrody zanim podpalą liście czy jakąś tam stertę patyków powinny sprawdzić czy nie ma w nich jeży. Wystarczy rozgarnąć patykiem.

Przed rozpoczęciem koszenia warto sprawdzić trawę, bo rany po kosiarkach są najtrudniejsze do leczenia. Przez te rany jeże najbardziej cierpią, mimo że są niesamowicie wytrzymałe na ból.

Kolejna ważna sprawa to prośba żeby nie wyrzucać luzem puszek po konserwach. Bo jeżowi coś z tej puszki ładnie pachnie i włoży głowę. Mały jeż wejdzie cały, a potem już nie wyjdzie, bo się zablokuje, bo mu kolce to uniemożliwią i w cierpieniach z głodu umiera, jeśli nikt go nie znajdzie. To są rzeczy, które nas nic nie kosztują, a mogą uratować wiele jeżowych żyć.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Autor: Infoludek.pl (mp) szczecin@infoludek.pl