Cykl rozmów Opery na Zamku „Szczerze o operze” [sopranistka Ewa Olszewska]

Opera na Zamku w Szczecinie przygotowała serię wywiadów z artystami na temat ich operowych preferencji, muzycznych wyborów i marzeń, ulubionych ról czy najtrudniejszych przeżyć na scenie. Jako pierwsza na pytania w ramach cyklu „Szczerze o operze” odpowiada sopranistka Ewa Olszewska.

W operze najbardziej kocham…

Ewa Olszewska*: Jakby to ująć najprościej… wszystko! To jest ten gatunek muzyczny, który łączy w sobie absolutnie wszystko to, co uwielbiam, teatr z muzyką. Nic dodać, nic ująć. Najbardziej niesamowite jest w niej to, że nie trzeba zaciągać hamulców! Oczywiście są pewne granice, ale można, a nawet trzeba się z nimi zaprzyjaźnić (uśmiech). Trudno mi sobie wyobrazić, że miałabym robić teraz coś innego, choć z drugiej strony, gdyby trzeba było, to zakasałabym rękawy i ruszyła do innej pracy, bo nie jest mi ona obca. Mój Tatuś jest rolnikiem, więc jestem przygotowana (uśmiech). Poza tym życie jest tak nieprzewidywalne i niesie z sobą tyle zwrotów akcji, że dobrze jest mieć w głowie różne scenariusze choćby po to, żeby później każdy z nich został zburzony lub wywrócony do góry nogami (śmiech). A wracając do czasu studiów, dałabym się pokroić za to, że takiego gatunku jak opera uprawiać nie będę (śmiech). Ale od zawsze wiedziałam, że chcę być na scenie, żeby móc dawać przyjemność tym, którzy chcą na mnie patrzeć, a i przy okazji nie zmarnować tej odrobinki talentu, jeśli mogę tak to ująć, który mi Bozia zesłała. Jednak od samego początku marzyłam o byciu aktorką i grze na deskach teatru dramatycznego, a nie deskach czegoś, co na kilometr pachnie erzacem (trudno wymagać od dziecka niepochodzącego z muzycznej rodziny, żeby rozumiało cokolwiek z gatunku, który jest tak bardzo obcy wszystkim tym, z którymi na co dzień żyje). Chciałam być aktorką z krwi i kości, chciałam być tak doskonała jak w moich oczach Janusz Gajos, Marek Kondrat, Krystyna Janda, którym kłaniam się nisko do stóp. W rzeczywistości trochę mi nie wyszło, ale w snach zawsze wychodzi więc tę stratę rekompensuję sobie nocami (śmiech). Mam takie wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, kiedy to jako siedmioletnia dziewczynka zobaczyłam polski film z cudną Katarzyną Figurą, która w pewnym momencie na ekranie pojawiła się nago… To był dla mnie moment dramatyczny i jednocześnie przełomowy, ponieważ zauważył na moich ściśle sprecyzowanych planach na przyszłość, a mianowicie doszłam do wniosku, że jeżeli ja mam w tak poważnym teatrze, jakim jest teatr dramatyczny, paradować bez ubrań i sprzedawać swoje ciało publicznie, to dziękuję i rezygnuję (śmiech). Na szczęście dla mnie część dziecięcych marzeń udało się ocalić i teraz mogę sprzedawać „swoje ciało” (i nie tylko) w teatrze operowym (śmiech). A mówiąc zupełnie poważnie, to w operze najbardziej kocham to, że nie zamknęła przede mną swoich drzwi i jakimś cudem pozwoliła mi być jej częścią, czego nie każdy z tych, którzy o tym marzą, może niestety doświadczyć…

Postać, którą gram najchętniej, to…

Królewna z „Historii najmniej prawdopodobnej” Jerzego Kornowicza, bo przez prawie cały spektakl się nie odzywam (śmiech)! A tak poważnie, to zależy. A jeszcze poważniej, to myślę sobie, że najchętniej gram te postaci, które są przygotowane z dobrymi realizatorami, a, jak pewnie się Pani domyśla, nie zawsze mamy szczęście z takimi pracować. Kiedyś po jednym z moich amatorskich dziecięcych występów świętej pamięci Adam Hanuszkiewicz powiedział mi, że powinnam zagrać Lolitę, ponieważ to według niego rola idealna dla mnie, bo gdy tak na mnie patrzy, to z zewnątrz widzi dziecko, ale w środku już nie (uśmiech). Wtedy miałam może z 15 lat. Szkoda, że moje życie nie pozwoliło mi tego zrealizować. Chodzi o to, że ważne jest, żeby znalazł się ktoś, kto w nas uwierzy i zobaczy to, czego sami nie dostrzegamy, a potem poprowadzi nas tak, żeby uwierzyli wszyscy pozostali. I nieważne, czy to komedia czy tragedia, czy pierwszy, trzeci, czy siódmy plan. Ważne, żeby pokochać postać, którą trzeba się na chwilę stać. Bywa to trudne, szczególnie kiedy robi się to enty raz, ale nie jest niemożliwe, a ponieważ to teatr, rzeczy niemożliwe tym bardziej nie istnieją (uśmiech).

Najtrudniejsza rola w mojej karierze to…

Z całą pewnością Guwernantka z „Dokręcania śruby” Benjamina Brittena. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Bardzo bałam się przyjęcia tej roli, kiedy pojawiła się propozycja, żebym wzięła udział w tej produkcji. Miałam mnóstwo obaw związanych z tą partią, a im szłam w to głębiej, obawy tylko narastały. Jednocześnie, paradoksalnie, rosła też we mnie pewność, nie ukrywam, z niemałym trudem wbijana mi przez niektórych, że popełniłabym wielki błąd, gdybym się na to nie zdecydowała. Ta rola wniosła we mnie dużo dobrego. Pozwoliła mi poczuć i naprawdę zrozumieć, że im bardziej poczuję i zrosnę się z postacią, tym głębsze będzie to, co chcę dać tym, którzy poświęcili czas i ciężko zarobione pieniądze, żeby przyjść i mnie zobaczyć. Cieszę się, że Dyrekcja naszego teatru dała mi możliwość zmierzenia się z taką materią. Nikt wcześniej nawet nie pomyślał, żeby powierzyć mi taki kaliber gatunkowy, fakt – całkowicie inny od tego, który wykonuję na co dzień, lecz żaden to argument. A prawda jest taka, że rozwinąć możemy się tylko dzięki rzeczom, które dane są nam nieco na wyrost. Praca to jedno, talent to drugie. Potrzeba jeszcze jednak wiary w nasze możliwości, a nie zawsze na taką wiarę możemy liczyć. Myślę sobie, że wszystko ma swoje miejsce i jeśli  ma przyjść, przyjdzie. Ważne, żeby się nie wycofywać, bo potem dana nam szansa może już się nie powtórzyć. Tylko i aż tyle.

Moja ulubiona aria to…

Nie mam zielonego pojęcia! Jest tyle przepięknych arii, że mogłoby się którejś z nich zrobić zwyczajnie przykro, gdybym ją tu pominęła, a co gorsza, mogłaby później zrobić na złość i wypomnieć moją wypowiedź, fundując mi drogę przez mękę na którymś koncercie. Pani wybaczy, ale nie zaryzykuję! (śmiech)

Najtrudniejsze przeżycie na scenie to …

Nie wiem, czy najtrudniejsze, ale na pewno niełatwe: kiedyś, a było to bardzo dawno temu, wprawdzie nie za górami, za lasami, jednak z równie, a może i większym napięciem emocjonalnym, mieliśmy w teatrze próby do „Zemsty nietoperza”. Cały tydzień ćwiczeń, a potem cztery spektakle dzień po dniu, z czego mnie przypadły w udziale trzy. Dzień przed pierwszym poinformowano mnie, że moja koleżanka się rozchorowała i „na dobicie” dostałam czwarty. W dniu pierwszego spektaklu okazało się, że mam ropną anginę i krtań zaczyna mi się rozpadać, więc udałam się w te pędy do lekarza, aby mnie Dyrekcja na rychłą śmierć nie posłała. Skończyło się na tym, że każdego następnego dnia biegałam z samego rana jak skowronek po potężną dawkę sterydu, a wieczorami, już raczej jak wrona, z wenflonem wbitym w rękę, śpiewałam, to znaczy krakałam na scenie. I żeby była jasność, nikomu nie polecam takich rozwiązań, bo później, jak i za każde inne, trzeba za nie zapłacić.

Najbardziej dumna jestem z roli…

Oczywiście z Guwernantki z „Dokręcania śruby” Benjamina Brittena. Dlaczego? Dlatego, że nie umarłam w trakcie przygotowań, a wcale o to nietrudno, jeśli zakopiemy się zbyt głęboko (uśmiech). Sądzę, że zawsze najbardziej cenimy te efekty naszej twórczości, które kosztowały nas najwięcej wysiłku. Drobiazgowa analiza psychologiczna kreowanej bohaterki, szczegółowe dopracowywanie gestu, mimiki, ruchu, troska o prawdę sceniczną to była naprawdę tytaniczna praca, okupiona traumatycznymi przeżyciami, dlatego ta postać jest mi tak bardzo bliska.

Rola, o której marzę, to…

Myślę, że dzisiaj powiedziałabym, że jest nią Lulu z opery „Lulu” Albana Berga. Kiedyś na takie pytanie udzielałam innej odpowiedzi, jednak od „kiedyś” minęło trochę czasu. Dzisiaj, gdybym miała taką możliwość, chciałabym zmierzyć się z tym. Dlaczego? Bo jest to dzieło mocno skandalizujące, a rola niezwykle wymagająca i złożona. To historia o pięknej, amoralnej kobiecie, która na koniec sama pada ofiarą morderstwa. Kim jest Lulu? „Modliszką idealną”?, femme fatale?, kimś, kto jest gotów zapłacić każdą cenę za zachowanie wolności?, naiwną istotą kompletnie nieświadomą zła, które po drodze wyrządza? A może po prostu Lulu to sam Berg? Kim był? Jak to, czego doświadczał wpłynęło na jego twórczość? Całe życie czuł się jak nieszczęśliwe, ponadprzeciętnie inteligentne dziecko, psychicznie stłamszone i kontrolowane najpierw przez matkę, potem przez żonę. Był kochany, ale też bardzo kochliwy, trzymany w ryzach przez chorobliwie kochającą go rodzicielkę. Jako młody chłopak poddawany był psychoterapii przez samego Freuda. W wieku 17 lat spłodził córkę z pokojówką, potem próbował popełnić samobójstwo, poślubił Helenę, córkę cesarza Franciszka Józefa z nieprawego łoża, która później zabraniała mu kontaktów z jego jedynym dzieckiem, aby ta „hańba” nie zostawiła plamy na ich nieskazitelnym wizerunku małżeństwa, w tak zwanym międzyczasie zakochał się w żonie praskiego przemysłowca, Hannie Fuchs, a ponieważ nie mógł skonsumować swojego uczucia do niej, wdawał się w przelotne romanse z berlińską aktorką Edith Edwards i żoną polskiego pianisty Anną Askenase. Mnóstwo jeszcze było tego po i w „międzyczasie”. Śmierć poniósł z ręki swojej żony, która chciała zaoszczędzić pieniędzy i tak zoperowała mu czerniaka na plecach, że w wyniku zakażenia krwi zmarł. Jeśliby pomyśleć o Bergu jako o Lulu, trzeba byłoby pamiętać, że wzorem dla hrabianki Geschwitz z tejże opery była jego siostra Smaragda, która zdeklarowała swoje preferencje jako homoseksualne. Można byłoby tak długo, bo dużo tego, a wszystko na tyle ciekawe, że chciałoby się to rozłożyć na czynniki pierwsze, ale czy kiedykolwiek będzie to możliwe?… Nie wiem, ale myślę sobie, że jeśli marzyć, to tylko o rzeczach z najwyższej półki (uśmiech).

Ulubiony kompozytor to…

To zdecydowanie Mozart. Nie wiem, czy istnieją słowa, które są w stanie opisać, dlaczego właśnie on, bo wydaje mi się, że czegokolwiek bym nie napisała, to i tak nie będzie to wystarczające. Mozart to geniusz, którego muzyka jest w stanie wznieść duszę na inny poziom. Kocham w niej to pozorne oszustwo bycia prostą podczas, gdy jest niewiarygodnie trudna do wykonania. Jest w tej muzyce bez wątpienia jakaś magia. Poza tym obok tej czystości i wrażliwości, która w niej siedzi, ta muzyka bardzo nas obnaża, konfrontuje z naszą ludzką naturą, dlatego, moim zdaniem, trzeba wykazać się wielką pokorą, zderzając się z nią. Wykonując ją trzeba pamiętać, że wszystkie nasze maski zostaną z nas zdarte. To, w jak niezwykły sposób Mozart potrafił malować portrety psychologiczne swoich bohaterów, w słodyczy zawrzeć ból, cierpienie, wątpliwość, niezgodę i to tak, żeby była w stanie poruszyć nawet te najbardziej zatwardziałe serca, jest dla mnie doprawdy niewiarygodne. Poza tym nie wiem, czy Pani wie, ale muzyka Mozarta wykorzystywana była w terapii chociażby autyzmu, epilepsji, nadpobudliwości psychoruchowej – ADD i ADHD, do redukowania stresu czy jako część niektórych technik akupunktury. Puszczało się ją nawet ludziom pogrążonym w śpiączce, mając nadzieję na złagodzenie objawów choroby. To o czymś świadczy. Dla mnie w pewnym sensie Mozart jest obroną przed utratą nadziei. Wystarczy zamknąć oczy i się w tym zatopić. Jego muzyka bardzo mnie wzrusza i z całą pewnością nigdy nie umrze.

Nie przepadam za…

Jest wielu kompozytorów, jak i kilka oper, za którymi nie przepadam. Wolę jednak skupić się na tych, których darzę wielką miłością i karmić się właśnie nimi (uśmiech).

W wolnych chwilach słucham…

Mojego dziecka, ono jest w stanie zagłuszyć wszystko (śmiech). A tak poważnie, to rzadko słucham w domu muzyki. Mam dość dźwięków na co dzień. Pewnie zaraz ktoś mnie zbeszta, że będąc śpiewaczką powinnam to robić 27 godzin na dobę. Zanim jednak to zrobi, chciałabym mu przypomnieć, że nie samą muzyką człowiek żyje i nie jest to powód do wstydu (uśmiech).

Z solistką Opery na Zamku w Szczecinie rozmawiała Magdalena Jagiełło-Kmieciak.

*Ewa Olszewska jest absolwentką Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy, Wydziału Wokalno-Aktorskiego w klasie śpiewu solowego prof. Katarzyny Rymarczyk. Ukończyła Kursy Mistrzowskie pod kierunkiem Maestry Teresy Żylis-Gary oraz Maestra J. Monarchy. Trzykrotnie brała udział w koprodukcjach Supierz Music Management. Na deskach teatru debiutowała w 2007 r. partią Erste Dame w operze „Czarodziejski flet” Mozarta. W maju 2011 roku, podczas XVIII Bydgoskiego Festiwalu Operowego, została uznana za najlepszą aktorkę roli drugoplanowej w realizacji „Cyganerii Pucciniego (Musetta) w reżyserii Macieja Prusa. Współpracowała z Operą Wrocławską oraz Gliwickim Teatrem Muzycznym. W latach 2007–2011 była solistką Opery Nova w Bydgoszczy. Od 2013 roku współpracuje z Operą na Zamku w Szczecinie.

Autor: Infoludek.pl szczecin@infoludek.pl