Szczecińscy gastronomicy: wiele lokali może zbankrutować

Właściciele lokali gastronomicznych ze Szczecina zostali zaskoczeni ubiegłotygodniową decyzją rządu, która ograniczyła ich działalność do serwowania dań i napojów wyłącznie na wynos. Kilkoro z nich obawia się, że będzie musiało zrezygnować z prowadzenie biznesu.

Branża gastronomiczna była jedną z tych, które najbardziej ucierpiały podczas pierwszej fali pandemii. Tym bardziej trudno jej się pogodzić się z drugim ciosem, który spadł na nią w ubiegły piątek, gdy zapadła decyzja o zamknięciu kawiarni, restauracji czy barów.

Wszystko sprzedajemy na wynos i z dowozem. Myślę, że jest to bardzo trudna sytuacja dla całej gastronomii. Nie wiemy czy rząd nas wesprze, a jeśli tak, to w jakiej formie. Przyszłość jawi się obecnie jako jedna wielka niewiadoma – mówi Izabela Malanowska, właścicielka kawiarni Corona Coffee.

Podobnie ocenia sytuację Magdalena Lachowicz, właścicielka restauracji Prasad: „Obecnie sprzedajmy jedzenie na dowóz lub je donosimy. Liczę, że uda nam się dotrzeć do nowych klientów, ale to absolutnie nie jest czas na rozwój. Dla mnie jako dla szefowej ta sytuacja jest bardzo trudna i stresująca. Mam zobowiązania w postaci czynszu, kredytu, wynagrodzeń, ZUS-u, z których ciężko jest się wywiązać, gdy wprowadzane są takie ograniczenia jak obecnie”.

Z kolei Piotr „Timi” Piotrowski, właściciel restauracji SteakHouse Evil, zwraca uwagę na moment, w którym obostrzenia zostały ogłoszone: „Lokale zostały zamknięte tuż przed weekendem, kiedy my już w czwartek robimy zatowarowanie. Wydaliśmy kilkanaście tysięcy złotych na produkty, których potem nie mogliśmy sprzedać. W czasie poprzedniego lockdownu straciliśmy prawie 400 kg mięsa, które się zepsuło”.

Gastronomicy ze Szczecina mają nadzieję, że obecna sytuacja nie potrwa długo. Jej przedłużenie o kilka miesięcy sprawiłoby, że wiele osób byłoby zmuszonych zamknąć swoje lokale.

W mojej ocenie wiele lokali w Szczecinie może zbankrutować, więc ludzi czeka bezrobocie. Boję się o ich kondycję psychiczną. Moja załoga jest bardzo sfrustrowana. W czasie poprzedniego lockdownu straciłem trzech kluczowych pracowników, którzy woleli zmienić branżę. Nie mam pewności, że sytuacja się nie powtórzy, a szkolenie jednego pracownika trwa pół roku – mówi Piotr „Timi” Piotrowski.

Właściciele szczecińskich lokali gastronomicznych zwracają też uwagę, że zarówno wiosną, jak i teraz wielkim wsparciem są dla nich stali klienci.

To cudowne, że są tacy ludzie, którzy są z nami od lat i za każdym razem nas wspierają. Wpadają po kawę na wynos i mówią, że walczą razem z nami. Gdyby nie oni, to z pewnością dużo trudniej byłoby nam przetrwać pierwszą falę kryzysu – twierdzi Izabela Malanowska.

Rolę stałych klientów podczas wiosennego lockdownu podkreśla też Magdalena Lachowicz. Zaznacza jednak, że zamówień jest znacznie mniej niż gdy lokal działa stacjonarnie, bo ludzie najzwyczajniej w świecie lubią chodzić razem do restauracji.

Podczas pierwszej fali pandemii zanotowaliśmy drastyczny spadek utargu. Wydawało się, że już wychodzimy na prostą, zmieniliśmy lokal na większy, a tu nagle wprowadzane są kolejne obostrzenia. Bez pomocy z zewnątrz nie przetrwamy, dlatego bardzo liczymy na pomoc rządu – mówi restauratorka.

Przedstawiciele branży gastronomicznej podkreślają też, że nie są jedynymi poszkodowanymi w związku z wprowadzeniem nowych obostrzeń.

To są naczynia powiązane. Po zamknięciu gastronomii cierpią również hodowcy, dostawcy czy stacje benzynowe. My, jako sprzedawcy gotowego produktu, jesteśmy po prostu na końcu łańcucha pokarmowego – wyjaśnia Piotr „Timi” Piotrowski.

Być może sytuację firm z branży gastronomicznej poprawi zadeklarowana dziś przez premiera Mateusza Morawieckiego pomoc w postaci m.in. zwolnienia z ZUS-u, przyznania świadczenia postojowego za listopad oraz dotacji w wysokości 5 tys. zł.

Autor: Infoludek.pl szczecin@infoludek.pl