Koncert pianistyczny Artura Haftmana

19:00

Kiedy

05.11 - 05.11.2017
godz.: 19:00

Bilety

Bilet: 10 zł

Gdzie

Stargardzkie Centrum Kultury
ul. Piłsudskiego 105
Stargard

Kategorie


„Nie sądzę bym kiedykolwiek wcześniej słuchał na koncercie młodego pianisty, którego brzmienie i początkowe akordy byłyby tak urocze i pełne jak u Polaka Artura Haftmana. Być może jedynie Murray Perahia ponad 40 lat temu był tak rewelacyjny. Pod względem dźwiękowym recital Haftmana w ubiegły piątkowy wieczór na 26. Dorocznym Festiwalu Muzycznym Foundation for Chinese Performing Arts w Walnut Hill stał się najważniejszym dokonaniem ostatnich kilku lat, ale był on także z najwyższej półki  pod wieloma innymi względami.

Program rozpoczynał Mozart, z orzeźwiającym popisem żartobliwego nastroju i biegłości palców (K. 281) oraz polski kompozytor Karol Szymanowski, pełen zarówno wirtuozerii jak i intelektualnej powagi w swoich młodzieńczych Wariacjach b-moll o bogatej chromatyce, jakby jakiś mniej znany Brahms grający w jakimś lokaliku w Europie Wschodniej na przełomie XIX i XX wieku. Niespotykanie łagodna lekkość 6. Rapsodii Węgierskiej Liszta zwróciła moją uwagę na touché Haftmana. Wiele czasu poświęciłem na zastanawianie się nad tym, czy uderza on w klawisze i natychmiast unosi lekko palce, czy odwrotnie, zatrzymuje je niezauważalnie przy uderzeniu  a następnie twardo dociska. Daremna próba analizy takiego braku twardości. Pianista odnalazł u Liszta zabawną gestykę, zachował elegancję tam, gdzie oktawy stają się masywne, i zakończył wielkim pokazem mocy. Jednakże w kilku miejscach wykonanie nie było na współczesnym poziomie pokonkursowym, i są dziesiątki rówieśników, których interpretacja tego numeru jest technicznie lepsza. Wolałbym usłyszeć, co myśli Haftman.

Pozostałą część programu wypełnił Chopin.  Mnóstwo Chopina. Nie jestem jedynym recenzentem, który obawia się tego. Uwypuklanie częstej u Chopina  niecierpliwości i nieuzasadniona perlistość to hałaśliwe i afektowane interpretacje tak lubiane przez około dwudziestoletnich aspirujących specjalistów od Chopina. Ale od pierwszych czterech Mazurków i Walcaaż do Berceuse [Kołysanki], Ballady i Poloneza „zakotwiczonych” na 2. Sonacie Fortepianowej w środku, nigdy nie słyszałem czegoś podobnego, i mógłbym bez końca siedzieć i słuchać wciąż od nowa całego recitalu Chopinowskiego Artura Haftmana. Przyjemność była niezakłócona. Czysta rozkosz dla uszu.

Każdy utwór był jakby skomponowany przez innego kompozytora. Wybrzmiały różne rubata, chociaż wszystkie pojawiały się w grze muzyka w sposób dyskretny, zarówno przy kaskadach opadających jak i przy wznoszących się przebiegach dźwiękowych. Swoboda i ukształtowanie frazy brzmiały różnie w kolejnych pełnych dramatyzmu momentach. Co chwilę dawało się wychwycić jakiś nowo odkryty głos czy linię. Roztańczone tęsknie mazurki naprawdę nadawały się do tańca. Walc był subtelnie szlagierowy; Berceuse kołysała. Tak pełnego znużenia Poloneza As-dur nigdy wcześniej nie słyszano, jak się okazało. A nazbyt już ograna Sonata była nie tylko pozbawiona jakiejkolwiek rozdzwonionej hałaśliwości, ale tembr Scherzawręcz śpiewał bel canto przed Marszem Żałobnym, który był tak smutny i poruszający, że wywołał u mnie najbardziej posępny smutek, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem w czasie pianistycznego recitalu. Finale musi być szaloną nawałnicą dźwięków, i tak było, ale tu – mniej obłędnie niż zazwyczaj. […]

Po prostu musiałem zapytać później artystę o jego niezwykłe wyczyny tonalne, spodziewając się, że usłyszę opowieść o nauczycielu ośmioletniego ucznia, który kładł nacisk przede wszystkim na piękne granie, o kolejnym, pięć lat później, który kiedyś był studentem Rubinsteina i podobnie podkreślał wagę ślicznego brzmienia; i wreszcie o nauczycielu 19-letniego Haftmana, który także wymagał pełnego brzmienia za wszelką cenę. Haftman odpowiedział niemal tak jakby nie zrozumiał mgliście sformułowanego pytania. „Hm… Nie wiem. Ja po prostu tak właśnie gram”. „- David Moran 

Źródło: Stargardzkie Centrum Kultury